13 września ukaże się nareszcie w Polsce dzięki Wydawnictwu W.A.B. debiutancka powieść Hanyi „Ludzie na drzewach”. Ja przeczytałam tę książkę w oryginale rok temu i już teraz mogę uchylić przed Wami rąbka tajemnicy o tym, co poprzedziło niesłychany sukces autorki „Małego Życia”.

Wiem, że „Małe życie” to bestseller, który jednak stał się kością niezgody wśród wielu, bo ludzie albo ją kochają i nienawidzą. Tak, wiem, może się wydawać rozlazła, chwilami ckliwa, banalna czy nużąca. Ja, gdy skończyłam ją czytać 2 lipca zeszłego roku, nie mogłam się pozbierać z podłogi. Zostawiła we mnie bliznę i napisałam o niej wtedy tak:

„Ostatnio zadano mi pytanie czy piszę opinie do każdej książki, którą przeczytam. Otóż nie. Moje recenzje to też kawałek mnie, to coś głęboko osobistego, moje opinie to czasami pokłon w stronę geniuszu autora, bądź jego braku, ale najczęściej to chęć zostawienia wiadomości, listu w butelce do tych fikcyjnych bohaterów, których życia chciałabym dzielić wraz z każdą paletą ich przeżyć, emocji, a nawet głębokich ran.

Bywam często sceptyczna, gdy okładka książki krzyczy „bestseller New York Times”i tym podobne, bo w końcu i tam znajduje się też „50 twarzy Greya” czy „Dziewczyna z pociągu” i omylnie można wrzuci do tego wora wiele wybitnych książek i mieć nieudaną randkę w ciemno.

Czułam w kościach, że „Małe życie” zmierza ku wybitności. Zaczyna się od pozornie banalnej sceny – dwóch przyjaciół z minimalistycznymi wymaganiami szuka mieszkania w Nowym Jorku mimo skromnego budżetu. Następnie czekają nas wyczerpujące opisy otoczenia, emocji, postaci. I więcej Wam nie powiem, więcej popsułoby niesamowitość tej książki. Spłaszczyłoby ją, a nie zmierzam tego robić.

„Małe życie” rozwija się w kalejdoskopową powieść o wszystkich najpiękniejszych i największych momentach w życiu każdego z nas. Przewija się jak wybitne klatki filmowe – czujemy każdą ranę, zapach, rozczarowanie, westchnienia i porywistość straty. Rozdziały podzielone są w genialny sposób – kończą się wybitnie, pchają nas na krawędź wyczekiwania, by nagle nam bezczelnie przerwać, odetchnąć i kazać czekać na dalszy ciąg losów złożonej osobowości kolejnych bohaterów.

Bo tutaj każdą postać smakujemy apetycznymi kąskami. Odkrywamy jak najbardziej tajemnicze lądy. Śmiejemy się z nimi, płaczemy z nimi, kochamy i nienawidzimy razem z nimi. Dawno nie czytałam tak empatycznej powieści, która pochłonęła mnie w całości. JB chcesz dać w twarz, Willema i Jude’a pokochać i przytulic, a Haroldowi podziękować.

Tulę Cię „Małe życie” całą sobą, odkładam z szacunkiem i już obezwładniającą tęsknotą, nie wiedząc jak się pozbierać po tak ogromnej porcji monstrualnych emocji i wybitności kreowania postaci językiem pisanym. Hanya – kibicuję Twojemu talentowi i bez sekundy zawahania, w ciemno, nabędę Twoją następną książkę.”

O czym zatem opowiadają „Ludzie na drzewach” i jak oceniam tę pozycję? Co moim zdaniem przyciąga ludzi do twórczości Hanyi?

„Ludzie na drzewach” przenoszą nas na początek w lata 50-te, gdzie lekarz Norton Perina wyrusza na wyprawę na jednej z mikronezyjskich wysp w poszukiwaniu zaginionego plemienia. Na miejscu odkrywa, że mieszkańcy stali się nieśmiertelni. Nie starzeją się ich ciała, jednak umysły tak. Po powrocie do Ameryki Norton odnosi wielki sukces próbując wyodrębnić gen nieśmiertelności. Powieść jednak jest głębsza, mroczniejsza niż zarys tej fabuły, której bardziej nie chcę zdradzać. Fabuła “Ludzi na drzewach” nawiązuje do prawdziwej historii Daniela Carletona Gajduska, amerykańskiego laureata Nagrody Nobla z dziedziny medycyny w roku 1976. Jeśli nie chcecie wiedzieć co pan doktor „przeskrobał”, to nie szukajcie informacji o jego życiorysie. Dajcie się zaskoczyć w sposobie wicia opowieści przez Hanyę.

Z pozoru kompletnie odmienna od „Małego życia” tematycznie. Po tak skrajnych reakcjach ludzi po lekturze „Małego życia” zaczęłam się zastanawiać, gdzie tkwi problem. Doszłam do wniosku, że zależy to od stopnia zaangażowania emocjonalnego czytelnika i jego własnych przeżyć. Jeden czytający stwierdzi, że problemy opisane w prozie Hanyi są wybujałe i przesadzone, trącą banałem w swojej skali cierpienia. Inni czytelnik, próbujący się wcielić w bohaterów od początku, da się pochłonąć i już nie wyjdzie ze świata Willema i Jude. Jeśli „Małe życie” pochłonęło Was emocjonalnie tak mocno jak mnie, to uważajcie, „Ludzie na drzewach” mają podobny potencjał, choć z goła inny. W debiutanckiej powieści autorki musimy sami postawić granice moralności, linię między dobrem a złem. Odpowiedzieć na pytania czy powinnyśmy pozwalać na zderzenie kultur i ingerować w życie rdzennych mieszkańców. Zaskakujące zakończenie sprawia, że warto brnąc do końca.

I po lekturze oby dwóch książek mogę powiedzieć, że chyba odnalazłam wspólny mianownik pisarstwa Hanyi. To nieme cierpienie. Cierpienie, które krzyczy w bohaterach od środka. I które zaangażowany czytelnik słyszy wyraźnie i pozwala sobie zapomnieć się w tej prozie bez reszty.

Więc ja mówię znów – czytacie na własne ryzyko. Będzie warto sięgnąć po „Ludzi na drzewach” już we wrześniu, ja na pewno za nich chwycę również w polskim przekładzie! 🙂